„(…) proces twórczy zawarty w tworzeniu działa uzdrawiająco, a podstawą tego procesu jest to, że większość ludzkich myśli i uczuć wyraża się bardziej w obrazach niż słowach. Dzięki temu ludzie zajmujący się tworzeniem lepiej radzą sobie ze stresem i urazami psychicznymi, nabywają zdolności poznawcze i doznają objawów radości, jaką daje obcowanie ze sztuką”.

W. Szulc, Historia Arteterapeutyki, „Edukacja i Dialog”, 8/2006

Translate

środa, 20 listopada 2013

wielkie sprzątanie, recykling i pierwsze próby decoupage...

"kochanie, a do czego ci te kości?" - zapytał wczoraj małż... a przecież to nie kości, tylko szpulki na tasiemki... naszło mnie na wielkie porządkowanie swoich pudeł... właściwie to zaczęło się od mycia okien i... jakoś poszło... znalazłam i posegregowałam tysiące przydasiów, odplątałam nitki i tasiemki, trzeba więc było gdzieś je nawinąć... a że zawsze w domu jest tektura i karton, patyczki i takie tam, to się zrobiło... wykorzystałam też "zestaw startowy do decoupage" - ubiegłoroczny prezent gwiazdkowy od małża... trochę się przeleżał, bo po pierwszej nieudanej próbie zrezygnowałam, a perfekcjonizm dobił resztę... dziś jednak jestem inną kobietą niż roku temu, dlatego jestem dumna ze swych pierwszych prób i nawet nimi się chwalę...  :) że nie wspomnę o biciu sobie braw za opracowywaniu fotek w picassie ;)



 
 
 






 

 


 
 

czwartek, 14 listopada 2013

list_opad(ł)...

wczoraj biomet zdecydowanie był niekorzystny... z szafy powychodziły beboki, straszaki i męczyły okrutnie... znacie te dni? gdy świat wydaje się szary i bez sensu, pojawia się napięcie i niepokoje - nie wiadomo skąd... takie widma przeszłości...

chwyciłam wiec za pistolet i skleiłam gałązeczki z szyszkami... będzie to baza dla bożonarodzeniowych drzewek, a teraz przysłużyły się jako ozdobnik świecznika... w całym domu pachniało wanilią... 


 

dziś - zdecydowanie lepiej - bo jestem na baterie słoneczną... długi spacer z psami po lesie... a że w kieszeni nosze ostatnio sekator, to przytargałam kilka gałązek, again... już mam dla nich pomysł... na razie czekają w wazonie, bo bardzo śmiecę w czasie robotki, a mąż wczoraj odkurzał, więc nie ma co dziś go denerwować... co nie? bo się jeszcze zniechęci, nie daj Boże, do pomagania żonie w domu... ;)



wtorek, 12 listopada 2013

poweekendowe przydasie...

narodowy weekend nie natchnął mnie do żadnych konkretów... za to popróbowałam kilku nowych sztuczek... na ten przykład wygrzebałam stare szklane kulki i obszydełkowywałam je włóczką...


 


te czerwone kulki pewnie użyję w świątecznych wiankach... na resztę jeszcze nie mam pomysłów, ale pewnie znajdą się szybko, bo baaaaardzo podobają mi się ich pudrowe kolory...

sprawdzałam też pomysł na zrobienie pomponów na widelcu... powstało kilka słodziaków:



 na spacerze z psami znaleźliśmy wycięta brzózkę... skoro już ktoś ją pokaleczył zebrałam gałązki i powstały brzozowe wianki... wykorzystam, oj, wykorzystam... :D




jak widzicie, kochane, pilnie uczę się obróbki zdjęć... ;)

pooglądałam też wasze blogowe nowości... widzę, że sezon świąteczny rozpoczęty... ;)

sobota, 9 listopada 2013

wianek z włocławka..

dziś od rana siedzą u mnie dzieci siostry... Baśka ma plastyczne zacięcie, więc robiłyśmy wianki...

ja poprzestałam na ludowej klasyce...  zrealizowałam zamówienie mojej mamy na wianek pasujący do jej porcelany z włocławka... stąd ta niebieskość...

 
 

Baśka woli wianki na głowę, o wyraźnym zabarwieniu średniowiecznym...












piątek, 8 listopada 2013

Anatewka, rurki i bałagan...

uwielbiam musicale, jeden z ulubieńszych to "skrzypek na dachu", do którego wracam jak ten szalony bumerang... a że mogę, to wczoraj deszcz za oknem, a ja wpatrzona w monitor i kręcę papierowe rurki...  i tak sobie myślałam o tych Jotkowych słowach, że koszyk może być niedoskonały, bo dla samej siebie... czasem tak mam, mam zgodę na niedoskonałość rzeczy w moim domu, a częściej mam tak, że coś ładnego kupię - niby na prezent dla kogoś, a zostaje u mnie... 

w międzyczasie tych rozmyślań powstają wianki... 


ten z ptaszkami akurat nie mego autorstwa, ale też wejdzie w asortyment moich wytworów... ;)

z drugiej strony... popatrzałam wczoraj na moje hobbicie mieszkanko... (bo maleńkie) śmiejemy się z mężem, że w mojej pracowni wynajmuję mu gabinecik na komputer... ale tak naprawdę to nie jest śmieszne... bo nasz wspólny pokój "do pracy" jest zawalony papierem, drutami, gałązkami, kartonami i wszelkim innym śmieciem, które KIEDYŚ się przyda... po całym mieszkanku walają się rzeczy, które KIEDYŚ ozdobię, dokończę, przemaluję... KIEDYŚ pomyślę nad aranżacją miejsc, które teraz straszą... a teraz czekają, bo robię wianki dla innych osób... jakby dla mnie samej, mojego mieszkanka nie było już czasu, jakbym ja nie musiała przebywać w pięknych wnętrzach, które tak podziwiam u INNYCH...zasmuciło mnie to, ze tak niefajnie traktuję osobę, z którą przyjedzie mi żyć do końca... i nie chodzi tylko o męża... to ja jestem sobie najbliższą osobą i tej najbliższej osobie daję jakieś resztki... :(

obdarowywuję ludzi za darmo, przecież nie zarabiam na moich wytworach (a pewnie bym chciała ;)), zatem czemu? podjęłam więc dycyzję, że o siebie też zadbam, że pewnie niedługo ukażę wam zdjęcia "after" i "before" wielkich i małych zmian w moim mieszkanku... 

zaczęłam od uszycia ubranka dla koszyczka... dla siebie... :)

  

 


poniedziałek, 4 listopada 2013

Przepis na czekoladowy torcik cioci Gizrapki

nie ogarniam, moje drogie, tej blogowej techniki... dzięki, Jotkaa, za cenne wskazówki :* 
 
a i tak się sfrustrowałam, a deszcz padał i padał... czas na małe co nieco - pomyślałam... w tym tygodniu kończę swoją terapię (a co, myślałyście, ze tytuł bloga to ściema?), na którą pognały mnie uzależnienie od jedzenia i kolejny rzut depresji... czasem opowiadam o swojej art-terapii grupie i dlatego przygotowałam dla nich coś extra na pożegnanie... czekoladowo-truskawkowy torcik! i to bez kalorii... chcę też się podzielić z wami procesem jego pieczenia , może któraś skorzysta... :)



 

1. Zaczynamy od wyrobienia i upieczenia ciasta. Skro tort czekoladowy, to jak najbardziej niech to będzie ciasto apetycznie czekoladowe. Ja znalazłam przepis gdzieś w necie (jak poznacie, skąd to, lub wasze, to dajcie znać)....






2. Czas na nadzienie - kremy, dżemy, marmolady... Mój śp. dziadek kręcił taki ręcznie z masła i budyniu na wodzie w makutrze. Mój torcik przekładam śmietaną i masą truskawkową. Wykorzystałam tu swój pierwszy dziurkacz brzegowy - kupiłam go, gdy robiłam zaproszenia na swój ślub... :) Ale ślub to zupełnie inna historia...



Łatwiej mi nadziewać torcik jeszcze przed złożeniem...



3. Potem przygotowałam słodkie ozdoby na wierzch tortu. Skorzystałam z tutorialu na anglojęzycznej stronie (zabijcie, nie wiem, jakiej!) i pozwalam sobie wkleić schemat truskaweczek. Jak będzie potrzeba, to postaram się wkleić moją wersję polskojęzyczną... ;)


 


4. Jeszcze przed finiszem przyklejam na rozłożone kawałeczki tortu po łyżeczce śmietanki... wiem, że pewnie najłatwiej użyć do tego wykrojników, których nie mam, wtedy będą równe i ładne.. ale czy kleksiki śmietanki są równe? Skorzystałam więc z falistych nożyczek...



5. Czas na ozdabianie... jestem zafascynowana możliwościami dzisiejszych cukierników... znajoma robi cuda z cukru i barwników... maluje obrazy, rzeźbi, co tylko dusza zapragnie... chyba z papierem jest łatwiej, no i nie trzeba oblizywać palców przy tym - biodra odetchną z ulgą... ;)

 
Dodałam jeszcze płatki z gorzkiej czekolady... czyli wykorzystałam dziurkacz brzegowy... - mój jedyny... :)


6. Czas na dzielenie się i degustację... Smacznego!



sobota, 2 listopada 2013

że niby candy to nie cukierki?


gdy odkryłam blogi przeróżnistych scraperek, wyszywaczek, szwaczek i innych cudotwórczyń, zastanawiałam się, co oznacza to całe CANDY... mnie ewidentnie kojarzyło się li i tylko z cukierami... potem stwierdziłam, że pewnie to bardzo trudne wziać udział, a już w ogóle wygrać, to ho, ho... jak rzekłby Mikołaj...
aż do dziś... bo dziś spróbowałam... ciekawa jestem, czy udało mi się umieścić banerek...


 





piątek, 1 listopada 2013

wariacje na temat dyni...

mój wspólny pokój z małżem "do pracy" robi się coraz mniejszy, mimo regularnego sprzątania... a to za sprawą mojego zbieractwa... a tu jakieś sysunie, a tu świeżo stworzona plantacja dyń ze skrawków materiału, a to kilka gałązek brzozowych... od czasu do czasu muszę podjąć decyzje segregacyjne... ot, choćby, co z wytworami z pierwszych lekcji papierowej wikliny... nie wiem, jak wy, ale ja się mocno emocjonalnie przywiązuję... co z tego, że nie najpiękniejsze, ale pierwsze...

tak więc powstały stroiki na groby... zaniosłam je dziś na cmentarz... pewnie pierwszy deszcz je zlikwiduje, o ile nie zdążą złodzieje... chociaż, nie przypuszczam, żeby akurat oni poznali się na prawdziwej sztuce i je zabrali... cha, cha, cha... :D





 zrobiłam też siostrze ten obiecany, na drzwi... chociaż, zastanawiam się, czy nie dodać tam elementu sznurkowego jeszcze... ale może to mój perfekcjonizm tylko cierpi... ;)