„(…) proces twórczy zawarty w tworzeniu działa uzdrawiająco, a podstawą tego procesu jest to, że większość ludzkich myśli i uczuć wyraża się bardziej w obrazach niż słowach. Dzięki temu ludzie zajmujący się tworzeniem lepiej radzą sobie ze stresem i urazami psychicznymi, nabywają zdolności poznawcze i doznają objawów radości, jaką daje obcowanie ze sztuką”.

W. Szulc, Historia Arteterapeutyki, „Edukacja i Dialog”, 8/2006

Etykiety:

african flowers (3) biżuteria (14) Boże Narodzenie (22) CANDY (8) caritas (1) decoupage (4) diorama (2) DIY (15) exploding box (8) filc (5) haft (5) kamienie (1) kartka (3) kartki (4) laylala (1) LOTRomania (1) ludowość (11) maskoty (38) mori (4) papierowa wiklina (16) pottermania (4) przez ok(n)o Gizrapki (41) przez oko Gizrapki (12) przydasie (17) scrapki (4) szycie (22) szydełko (121) szyte (4) ślub (6) święta (26) urodziny (4) vintage (17) wianki (50) wycinanki (1) wymianka (1)

Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przez oko Gizrapki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przez oko Gizrapki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 lipca 2014

PROJEKT FIRANA.., czyli o hafcie płaskim vide sznureczkowym i o wycofywaniu z branży kupieckiej...

hello, żuczki kofane... ;)

nie, nie zniknęłam... i nie jest tak, że leniuchuję... na sierpień zaplanowałam sobie minimum trzy projekty... pierwszy - do realizacji na już - mega romantyczna kartka na chrzest dziewczynki... trzeci - jeszcze w zamysłach i planach - szydełkowy wianek, żeby dopełnić tryptyku letniego... (obok "Truskawkowego szaleństwa" i "Fields of Gold", bo "dorotkowy" to inna bajka... ) teraz, mili państwo, przedstawiam projekt numer trzy... czyli firanka...


...czyli haftowana góra, dół typu "makaron"... bo jest za krótka o te 15-20 cm...
to długo trwający proces... bo to do wyhaftowania 3 metry bieżące płótna... ;) a już coś w głowie mi się widzi, że dołożę do tego i wkład szydełkowy :D


jestem po półmetku... :)


nie jest to dzieło światowego pokroju... zawsze można w sklepie kupić gotowca... ale czy on będzie taki mój, gizrapkowy? zależało mi, żeby firanka komponowała się z reszta pokoju - materiał taki jak na narzuty, trochę bieli i nawiązanie do ludowości...


wzór - oczywista - złożony z odgapionych zdjęć na pintereście... będzie zagęszczony ściegiem maszynowym... jeśli się uda... ;)


jak sobie tak haftuję, to rozważam o życiu i takich tam... o tym, ze za miesiąc kończę mój cudowny roczny urlop, że pojawiają się kłody pod nogi w moim planie na najbliższy rok, mimo starań może zabraknąć czasu na szydełkowe robótki... myślę też o rzeczach, które chciałam jeszcze zrobić, o marnej przyszłości biznesowej i zamknięciu internetowych butików... pewnie też zorganizuję wyprzedaż, a co zostanie to oddam na odpustowy parafialny odpust lub inne cele charytatywne...


uwierzycie, ze w czasie haftowania można przeżyć kryzys wiary, załamanie, kawałek depresji, pokłócić się z Bogiem, by potem odwoływać wykrzyczane słowa...? że obrabiając te trzy metry materiału powstają plany, padają i budują się nowe? że można zmienić tok myślenia, zmienić postępowanie...? stoczyć milion dyskusji, wojen, zawrzeć pokój...? i to wszystko we własnej głowie? a palce spokojnie wbijają igłę, przeciągają nitkę... ot, życie...






wysyłam trochę ciepła... :*

piątek, 14 lutego 2014

PRIMAVERA EN MEXICO.., czyli o turkusowej tajemnicy, rozpoczetym sezonie wiankowym i o błogosławienstwie niewiedzy...

nie zginęłam, jestem... drogie królewny i zacni ksiażęta...
wciągnęła mnie turkusowa wymianka, o które na razie sza... wiecie - wszelkie zdjęcia i informacje dopiero o godzinie zero... poza tym nie będę psuła komuś niespodzianki, prawda? 

oprócz tego otwarłam sezon na wianki... wiosenne, chociaż zimowe... po prostu wianki w sweterkach... o to pierwszy - primavera en México, zwany tez jako czarna Inez... ;)



mam nadzieje, ze można na zdjęciu odróżnić faunę od flory ;) w kwiatach czają się ptaszory... zakochane - jak przystało na walentynki ;)


oprócz tego u mnie i za oknem Bollywood - czasem słońce, czasem deszcz... błogosławię ostatnio za czasy, w których się urodziłam i żyję... gdybym przyszła na świat z 30 lat wcześniej, pewnie nie dałabym rady w czasie porodu, jak i zmogłaby mnie infekcja w 8. miesiącu życia...
a gdybym urodziła się - dajmy na to w 2000 roku, to byłabym jakaś taka niepełnosprytna... ;) i tu wychodzi na to, że czasem lepiej nie wiedzieć... gdy byłam dzieckiem, nikt nie słyszał o zaburzeniach SI i rożnych celiakiach... jak nie tolerowałam polskich produktów, znajomy ksiądz sprowadzał z darów milupy i jakoś żyłam... mama szyła lalki, rajstopy hekolowała nam na drutach, wycinała metki, które drażniły mi skórę i litrami piłam wapno na kolejne uczulenia... w podstawówce ciężko szło mi rękodzieło (pamiętacie, stare, dobre ZPT, gdy na ocenę było podłożenie spódniczki na maszynie, zrobienie ze dwóch surówek, haftowanie i dzierganie czapki na zimę, a nawet wystruganie szafeczki na klucze?)... panie bezradnie rozkładały ręce, ja ryczałam co tydzień, ale zaliczyć trzeba było do skutku... nikt nie słyszał o jakichś dysleksjach, więc do znudzenia wypełniałam kolejne zeszyty kaligrafią, mama dyktowała mi dyktanda, czytałam na głos i liczyłam "słupki"... zupełnie niechcący stosowane na mnie terapie dysleksji i stymulację SI... wyszło to tak sprytnie, że nie wiedząc, że mój mózg popaprany, pracowałam później w korekcie i jako redaktor, posługując się słownikiem, skończyłam wychowanie fizyczne, a później kolejne studia - zupełnie nieświadoma swej ułomności ;) dopiero tam dowiedziałam się o swojej dysleksji, zaburzeniach równowagi... mało tego, okazało się w czasie testów, że nie dorastam do stóp IQ reszcie ludzi na roku, mam zaburzona uwagę i bardzo kiepską pamięć krótkotrwałą... jakim cudem miałam druga średnią na roku i dyplom z wyróżnieniem, do tej pory nie wiem... ;) bo typem kujona tez nie bardzo jestem i gotowa jestem przysiąc, ze ściągałam może ze 2-3 razy w życiu...
podobnie ma się z depresją... zanim odkryłam dla siebie leki, stosowałam stara zasadę koleżanki (cierpiącej od kilkudziesięciu lat na zaburzenia dwubiegunowe - fatalna rzecz, ratują tylko leki i pobyty w szpitalach) _ "wstawaj rano, czesz się, myj, idź do pracy - mimo iż ci się nie chce"... jakie te rzeczy są trudne, zrozumie tylko ktoś, kto przechodził depresję ( w sensie choroby), a ja traktowałam swój stan jako dziwne fanaberie... podobnie było z uzależnieniem od jedzenia i obsesja wagi... 

jak to dobrze czasem nie wiedzieć... bo gdy wiem, to często się bardzo boję albo nie podejmuję się czegoś, bo niemożliwe... wykorzystuję też swoją buntowniczą naturę czy raczej postawę typu "niczym nie ryzykuję, więc próbuję..." nie mam rękodzielniczego talentu, to cóż mi szkodzi nakupić szydełek i włóczek i sobie dziergać? mam depresję? to cóż mi szkodzi spróbować być szczęśliwą? nie wiem, czy to wiosna, czy zima? to robię "choinkę" z żonkilami...


i skoro dziś walentynki... poznaliśmy się z małżem 18 lutego, 18 kwietnia założył mi na palec pierścionek, a 18 sierpnia obrączkę - wszystko tego samego roku, zaraz potem skończyłam 40tkę... byłam przerażona... może nie wyjść? wzrasta liczba rozwodów? mamy za dużo cech starokawalersko-panieńskich? za późno na dzieci...? łeee... więc nie ma już nic do stracenia... dziś do śniadania dostałam od małża bukiet tulipanów...a żaden tam z niego romantyk...

po co to piszę? czasem lepiej nie wiedzieć... ;)
wysyłam dużo ciepła... i wiele nadziei... :*


niedziela, 9 lutego 2014

ETAP PIERWSZY.., czyli o tesknocie za wiankami, permamentnym zmeczeniu, parytecie i sadzy everywhere..

słońce - piękne i... bezlitosne dla perfekcjonistki-bałaganiary... gdy zaświeci, pokazuje każdą kropelkę brudnego, zasuszonego śląskiego deszczu, pyłek z parkingu pod oknami, zaślinione psimi nosami szyby... nic się nie ukryje... podłoga bije po oczach cicikami, piaskiem i kurzem... nie da rady - trza czasem sprzątać... nasze dwuosobowe stado jest poprawne politycznie - mamy równouprawnienie i zachowujemy wszelaki parytet... małż wziął na siebie podłogi, ja wszystko, co nad nimi...  nawet rzuciłam się z szmatą na okno balkonowe, jedno z trzech w naszej norce (no, bo nie ma co przesadzać, nie?) po godzinie legliśmy bez życia, kontemplując swe dzieło, czytając książki, popijając gorącą herbatkę z cytryną (wiecie, że herbata z cytryną może przyczyniać się do alzheimera?)... do momentu najazdu moich rodziców - ale to zupełnie inna historia... bo w tej chodzi o to, że już dziś siadając do klawiatury patrzę, a na cudnie wyszorowanym cifem (bo nic innego nie daje rady) białym blacie naszych biurek tona sadzy - again... w bloku obok palą w piecach i to czym popadnie... sadza jest wszędzie - na stołach, w zupie, na ulubionej białej bluzce i wszystkich białych plamach Rapka, z łapami włącznie... zatem, aby się nie denerwować zarządziłam STOP dla BIELI.... póki co...
pod spodem pierwsze efekty...


zatęskniło mi się za kształtem obłym... kwadrat cudny, ale trza czasem zrobić im przerwę... koła przecież też miłe dla oka, a wianki jak najbardziej na czasie - bo przecież zima na emigracji w USA, a wiosna za nią nie płacze... a że jednak temperatury jesienne to wianki, oczywiście, lepiej żeby sweterki miały... zatem włączyłam sobie dwa ostatnie dostępne mi internetowo odcinki "Rancza" i wyprodukowałam wiankowe przydasie...



wzięłam w rękę to po lewej i poszłam do małża z pytaniem, co to...
- kurka? - niepewnie zapytał małż... - króliczek? 
- nie widzisz?! to ptaszek! 




pomysł, a jakże, ściągnięty od Jareckiej... nie byłabym sobą, gdybym go nieco nie zmodyfikowała... wykorzystałam african flower, którego naumiałam się swego czasu TU...

 

brakuje jeszcze oczków... nóżków nie będzie - będą siedzieć na wiankach po turecku... 


zauważyłam - o, zgrozo - że szkodzi mi wypoczywanie... czuję się permanentnie zmęczona, coraz słabsza i obolała...  powodów szukam w PMSie, przesileniu wiosennym, reakcji na leki hormonalne i takich tam pierdołach... lekarka podejrzewa cukrzycę z ewentualnością nawrotu depresji... wiadomo, czyjej wersji będę sie trzymać ;)
ok, wracam do produkcji listków, biedronek i podkładowego sweterka na wianek... w myślach dziełu nadałam tytuł "czarna inez"... hehehe
wysyłam nieco ciepła... :* wraz sprzed walentynkowym ptasim całuskiem


czwartek, 6 lutego 2014

ZAMKNIETA W KWADRATACH.., czyli o kryzysie wieku sredniego, powrocie do branży i nadmiarze szczescia, które szkodzi...

panie, panowie, królewny... witam

zamknęłam się w kwadratach - dosłownie, mentalnie, psychicznie... małż - jako część męska gatunku - robiąc rzecz jedną daje jej 95% uwagi... mój kobiecy mózg jednocześnie pilnuje gotowanej zupy, liczy oczka kwadratów  na szydełku i rozmyśla nad rzeczami z wczoraj, z dziś i z jutra... i nie jest to kwestia nadmiaru czasu czy odpoczynku - ot, taką konstrukcją jest kobieta...
w tzw. międzyczasie powstało to:


 
ale po kolei...
nie pamiętam, czy już pisałam, ale od operacji mój organizm jakoś nie może się pozbierać - przynajmniej do stanu sprzed pół roku, a już o stanie sprzed 10 laty marzyć nie ma co...  trafiłam wtedy - w końcu - do dobrego ginekologa-chirurga... jako chirurg bomba, ale nie jako lekarz, który uspokoi, wyjaśni czy zaopiekuje się... czyli nie taki na ciążę... poza tym chodziłam do niego prywatnie za ciężkie pieniądze... teraz poszukałam w nfz i znalazłam - mam nadzieję - skarb lekarski w postaci kobiety... nie traktowała mnie jak gupowatego pacjenta, przedmiot swoich oddziaływań, a po prostu jak człowieka i to takiego, który jest w stanie pojąć, co się do niego mówi... zdecydowanie nie posiadam wiedzy medycznej jak lekarz, ale coś tam wiem... no i efekt badan i rozmowy jest taki, że z racji wieku i osobowej niedoróbki hormonalnej mam nie mieć zbyt dużych nadziei, raczej potraktować ewentualne zaciążenie jako szanse na miłą niespodziankę... od kilku dni trzymam więc pod językiem gorzką dawkę progesteronu, zrobiłam badania na rezerwę jajnikową (bagatela 140 zł plus 4 zł za pobranie - a to i tak najtaniej w regionie), czekam na okres, dzwonie na komórę do doktór i zaczynamy stymulację hormonalną, ryzykując w tym momencie przyspieszenie menopauzy...zaczęły się jednak komplikacje proktologiczne, że tak to ujmę... chyba z tego dobrobytu relaksu tyłek mi rozrywa... dosłownie... jestem na etapie wypróbowywania domowych maści i rezerwacji wizyty u lekarza... wokół mnie kilka osób miało wycinane przetoki, wiec wizja kolejnej operacji starszy mnie nocami...
to część biologiczna tematu... być może zbyt obrzydliwa, intymna i nie na miejscu... w blogosferze hand made ma być ładnie, pięknie, higienicznie... ale to MÓJ blog, więc kto nie chce, ten niech nie czyta, tylko ogląda obrazki, które poniżej - i owszem - zamieszczę...

jednocześnie dopadł mnie kryzys wieku średniego... myślałam, ze tylko faceci go przechodzą i ganiają potem za osiemnastkami... poza tym mnie miały takie rzeczy nie dotyczyć, bo jestem po terapiach i z okazji zawodu mam wiedzę na ten temat... o, naiwności! kryzys rozwojowy dotyczy każdego - niektórzy mają łatwiej... moje myśli i emocje krążą wokół sensu życia, jego celu, mojego celu, celu naszego z małżem związku, bo miłość to nie wszystko - tak mi się na dziś wydaje... mienie potomstwa - chociaż ograniczone w czasie - to jednak jest cel i zadanie na kilka lat... a to nam może umknąć... praca w szkole, która daje mi pieniądze, nie jest moja ulubioną i najchętniej do niej bym nie wracała... ta, którą lubię - jako psycholog kasy nie daje i na razie nie mam możliwościowi rozwoju w tym kierunku (patrz: brak funduszy)... więc zastanawiam się, czy tego nie rzucić pozbawiając się męczących złudzeń... itd., itp....

jestem człowiekiem czynu i zwolennikiem konfrontacji... stąd podjęcie ostatniego zrywu ginekologicznego i zgłoszenie się do znajomego terapeuty do jego poradni leczenia uzależnień jako wolontariusz... kasy z tego nie będzie, ale na pewno dużo doświadczenia, nauki i możliwości superwizji... no i zobaczę, czy się nadaję, czy mam się rozwijać i jaki były prawdziwy motyw podjęcia się tego zawodu... zaczynam w piątek... zabieram szydełku dwa dni w tygodniu...

rozpisałam się - ale mało wokół koleżanek, a te które są - zajęte praca, pieluchami i swoim cierpieniem... małż i tak obciążony depresyjnością małżonki, wzmaganą chyba przez te zażywane hormony... 

ale teraz już tylko obrazki, obiecuję...głownie i jedynie ukończona poducha z kwadratów... pomysł zrobienia "drugiej strony" z dużego, jednokolorowego kwadratu zostawiam na kolejny, zaczęty już projekt... i tak, widok z przodu:

           
i z tyłu:



chciałabym zwrócić uwagę szanownego państwa na zapięcie... myślałam o drewnianych guziorach, ale znalazłam te maleńkie guziczki w kratkę, w kolorach dokładanie takich jak na podusi... :)


i to by było na tyle...

acha, jeszcze tylko fota tortu z urodzin chrześniaka... czego to ludzkość nie wymyśli...


to zielono-żółte niby śmietana, ale... każdy miał zielony język, zęby i palce - jeśli się dotknął... cóż to za cholera?! pod spodem dowód - jęzor siostrzenicy... ;)


  wysyłam nieco ciepła... :* małż załamany, bo w tym roku szansa na narty raczej przepadła...

wtorek, 28 stycznia 2014

NIEWIELE DO POKAZANIA.., czyli o demonie perfekcjonizmu, zimowych smuteczkach i innych grzechach głównych...

witam piękne królewny i resztę... ;)
ostatnio czas zajmuje mi wizytowanie i przyjmowanie gości... zaczął się sezon urodzinowy... jadąc na 50tkę siadło nam ogrzewanie w samochodzie, co przy minus 15stu nie było przyjemne... na szczęście jubilat trudni się wyrobem domowych win... ;) zupełnie natomiast nie mam weny jeśli chodzi o prezent dla mojego chrzestnego 12-latka... on wszystko ma, a czego nie ma, to cioci nie stać... ;)

a propos prezentów... w rękach poczty jest przesyłka z obiecaną torbą z napisem... szyjąc przypomniałam sobie, ze robię to dla mistrzyni krawiectwa i... ręce mi się zatrzęsły, zaczęłam się bardziej starać, jeszcze bardziej starać... w wyniku czego podczas zaprasowywania napisu wyszły jakieś skazy na płótnie... :/  małż zdziwiony nie był - "jak zaczyna ci bardzo zależeć i boisz się oceny, to z reguły potem narzekasz, ze ci nie wychodzi..."... wqrzające jest, ze małż tak często ma racje... pomyślałam, ze odwrócę uwagę od krzywych ściegów torby przez dwa afrykańskie kwiaty jako podstawki pod kubeczki...



patrzę, a one jakieś też krzywe i nierówne... dopiero dziś zorientowałam się, dlaczego... ale przesyłka poszła... eh...


i dziś tyle zdjeć.... teraz, po zrobieniu 25 kwadratów, głowię się, jak je zszyć... i mój perfekcjonizm mi nie ułatwia... w mojej ukochanej książce dla chrochet-blonds twierdzą, żeby po prostu je zszyć igłą lub szydełkiem półsłupkami... a widzę na waszych blogach, że obrabiacie jednocześnie ostatni rządek, jednocześnie ze zszywaniem wszystkiego... no i te nieszczęsne nitki - czy jest różnica czy pochowam je przed, czy po zszyciu całości?

pomyśleć, ze baba innych problemów nie ma... oczywiście, ze ma... ale to klasyczny zabieg odwrócenia od nich uwagi... bo co mi da zamartwianie się tym, ze małż nadal bez pracy, że dzieci to raczej już mieć nie będziemy (a może bym chciała, może to fajnie je mieć...?), że czas na urlopie tak szybko mija, a ja nie lubię pracy w szkole...? pies Rapek myśli, że Gizmo to kobieta - męcząc siebie, nas i jego... a pies Gizmo chce być kotem i drapie mnie swymi pazurami jak jakiś dachowiec, bo te pazury po prostu obgryza...toż lepiej się martwić, czy kwadraty zszyć igłą czy szydełkiem, i czy Madzia lubi kolor czerwony, prawda? ;)

a już napewno lepsze to niż "chowanie świąt"... u nas jeszcze choinka, a 2 lutego zbliża sie nieubłaganie... jak uwielbiam stroić dom bożonarodzeniowo, to nijak nie lubię chować tego w pudła... a to właśnie mnie czeka... eh...

wysyłam nieco ciepła... :* dobrej herbaty i kawy... ja zajadam się domowym, dietetycznym rafaello... na szczęście, tylko ja je lubię...


piątek, 17 stycznia 2014

ZWYCIESTWO NAD ROSJA... czyli o fascynacji, szmacianej półce i łowieckich trofeach...

witam, królewny i dzielni rycerze (może gdzieś tu dotarli),

trochę zła jestem, bo siadł serwer, któremu zapłaciłam i który miał mi bez problemu transmitować mistrzostwa w piłce ręcznej... to właściwie jeden z niewielu kawałków sportu, który mnie fascynuje i pociąga... zarówno w wersji kanapowego kibica, jak i gracza na boisku... natura nie obdarzyła mnie predyspozycjami ku szczypiorniakowi, a i poskąpiła później możliwości nauki... podstaw nauczyłam się z książki, już po 30-tce... ćwiczyłam sama i miałam okazję - właściwie jako 40-latka - przez rok potrenować... oczywiście, nie umywałam się do tych młodych zawodniczek ani umiejętnościami, ani krzepą, o wzroście nie wspomnę, ale było to dla mnie dużą frajdą... 
ale wracając do tematu - dziś nasza reprezentacja, po kiepskiej pierwszej połowie, zaczęła lać przeciwnika i to w cudnym stylu... zostało z 15 minut do końca i nagle STOP... siadł serwer... a TV u nas w domu niet... eh... doczytałam tylko, ze wygraliśmy i przechodzimy dalej... tyle dobrze...

z innej beczki... brakowało mi półeczki koło łóżka na budzik w komórce, książkę do snu i termometr... raczej nie zmieściłby się mebel tradycyjny, więc... uszyłam...



od strony wewnętrznej też są kieszonki, a nuż się przydadzą...



pochwalę się też i zareklamuję wyprzedaż w empiku... do -70% na towary świąteczne... może i po świętach, ale nie dość, że przecież będą za rok, to do tego nadchodzą walentynki i przeróżne inne okazje... zapłaciłam grosze... oto moje trofea...


szpulka bawełnianych, dwukolorowych nici jest z Castoramy... były też żółte i zielone... za niecałe 4 zł...
a to już 50% tańsza ksiażka z przepisami na muffiny - jutro wyprobowuję wersję na słono...


jestem też w trakcie malowania i ozdabiania koszyka z pokrywką... ale to juz zupełnie inna historia... ;)

u nas słonecznie, żadnej zimy nie widać... ale i tak wysyłam trochę ciepła... :*

środa, 15 stycznia 2014

JEDEN, DWA, TRZY... czyli cwiczenie czyni mistrza, mam nadzieje...

mój kaktus_złamane_serduszko zyskał sweterek na modłę skandynawską... takie przynajmniej było założenie... :) to moja pierwsza wyszydełkowana "tuba"... w wersji pierwszej miało coś na kształt koronki u góry, ale nie wyglądało to dobrze, więc sprułam...a wszystko to oglądając ubiegłoroczną wersję "Carrie" Kinga... ;)



oczywiście, błędy i niedoróbki nie zmieściły się na zdjęciu ;D
znalazłam też w czeluści internetu prawdziwy skarb z Peru - czyli wzory, schematy i pokazowe filmiki w wersji dla szydełkowych blondynek i to ciemnych do tego... :D dzielę sie wami, kochane, bo warto...

dzielnie ćwiczę również wyplatanie wikliny... tu wersja jeszcze niepomalowana, ale z przykrywką! ależ jestem z siebie dumna! :)


pokrywka ma nawet "kanaliki" na wstążeczkę, co - mam - nadzieję kiedyś będzie dane mi wam pokazać w całej krasie :)


dziękuję wam, kochane, za trzymanie kciuków... pani doktor stwierdziła, ze ta plama na plecach małża nie wygląda groźnie.. dała maść i kazała zgłosić się za trzy tygodnie... duża ulga, chociaż... jakiś niepokój pozostał... nie tak dawno przecież okazało się, ze inny "specjalista" uhodował mi w brzuchu mięśniaka wielkości piłki do szczypiorniaka dla dzieci... :/ eh...

cała ta sytuacja pokazał mi - oprócz tego, że póki co życie bez małża mnie nie interesuje - jak nie ma co przejmować się pierdołami i rzeczami totalnie nieważnymi (ot, brudne kubki bez podstawki na czystym stole, niektórym solą w oku jest deska klozetowa czy tam takie zwykłe śmierdzące skarpety pod fotelem ;))... jak warto celebrować każdy dzień, bo przecież jutra może nie być...  

wysyłam mnóstwo ciepła  :*

poniedziałek, 13 stycznia 2014

TRZY SIOSTRY..., czyli o ludzkiej dobroci, udanym pudełku i złamanym sercu...

hello, królewny i  -jak się trafi - królewicze :)
to miał być zupełnie radosny i beztroski post, ale biomet niekorzystny i stan nasilenia lękowego... :/ ale do rzeczy i po kolei...

zrobiłam trzecie podejście do wiklinowego kosza z pokrywką... drugie było na okrągło - całkiem niezłe jak na mnie - ale pokrywka ma trudności z zatkaniem koszyka... więc powstał kolejny - kwadratowy... cały problem z pokrywką polegał na tym, że chciałam, aby nie był "cały" wiklinowy, tylko miał płaskie miejsce na... napis, oczywiście... no i powstało to...


to dla malutkiej córeczki mojej psiapsiółki, której to mam zaszczyt być chrzestną matką-dobrą wróżką... jej mama zaraz po chrzcie przebąkiwała, żeby ciocia wyczarowała jakieś pudło, w której spakowaliby pierwszoroczny dobytek Bzika - jak nie wiedzieć czemu nazywają dziewczynkę... no i ciocia myślała, robiła, targała... ta wersja też nie zadowala cioci_perfekcyjnej, ale czas naglił... zależało mi na umieszczeniu napisu...


mimo iż - jak wiecie - dekupaż nie jest moją mocną stroną... żeby nie było za słodko, to różyczki są nie tylko różowe...  pochwalę się, że nie mogąc zrozumieć schematu z książki, sama wymyśliłam, jak zrobić pączki róż, i zmodyfikowałam przepis na Japan Rose i listki... :)


przykrywkę podtrzymują dwa szydełkowe sznureczki, a zamknąć można zawiązując kokardkę zakończoną serduszkami...
 

druga fajna rzecz... dotarła do mnie przesyłka od Madzi... zupełnie bezinteresownie, z dobrego serca moja mała potłuczona Kokeshi zyskała dwie siostry...


 あ な た マ グ ダ に 感  謝

(w wolnym tłumaczeniu - dziękujemy Ci, Magdusiu :))


trzecia fajna rzecz... skuszona esemesem o wyprzedaży w Ikei, zaciągnęłam małża... jakiś wielkich okazji nie zauważyłam, ale... kupiłam sobie silikonowe foremki do muffinek i sitko do mąki... (pamiętacie - mam nowy piekarnik)... przy okazji - batony orzechowo-owsiane (które okazały sie ciastem) są super, a przepis na muffinki marchewkowe trafił do kosza... ale co innego cennego przywlokłam do domu z marketu... w koszu z napisem "przecena kwiatów" dostrzegłam kaktusik-serduszko... takie nadłamane, którego nikt nie chciał - nawet za 2 zł... przy kasie małż stwierdził: "wiedziałem, że się ulitujesz nad tym kwiatkiem"... żeby mu smutno nie było dokupiłam (również za dwa złocisze), takie sanserweriowe glisty...w planach nadoniczkowy sweterek dla obu...


a propos złamanych serduszek... udało mi się w końcu namówić małża do wizyty u dermatologa... jego plecy są całe w plamkach od zawsze, ale jedna z nich (jej wzrost i kształt) bardzo mnie zaniepokoiła... delikatnie mówiąc... dokładnie rzecz ujmując - mam czarne myśli, katastroficzne wizje i bardzo mocne lęki na ten temat... od rana próbuję dodzwonić się i umówić jakiś w miarę sensowny termin wizyty u lekarza bez względu na koszty... dodzwoniłam się m.in. do poradni, gdzie niedawno jeszcze pracowałam... pani w rejestracji poznała mnie po głosie i kazała przywlec JUŻ JUTRO małża... wzruszyła mnie ta jej życzliwość, bo przecież wcale nie musiała tego mi załatwiać... trzymajcie, królewny kciuki... żeby to tylko jakaś grzybnia była i nic więcej... bo jakoś wszystko na razie znacznie mniej mnie cieszy...  lepiej i dzielniej znoszę własne nieszczęścia niż te osób bliskich...


Gizmo już znacie w całej okazałości... tu w kadrze koniecznie chciał się umieścić Rapcio... tą miną namawia ludzi na podzielenie się z nim jedzeniem...


wysyłam wiele ciepła... ponoć jakaś zima nadchodzi... :*


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Z DRUGIEJ REKI... czyli o instynkcie łowcy, próbach pieczenia i radości z byle okazji...

robiłam wielki kosz z pokrywką z wikliny... i ani jedno nie wyszło... kosz się pokrzywił, materiał uszył sie za duży, a pokrywka spada i wygląda jak kulfon... tak to już mam, gdy za bardzo sie staram... to miało być cudo dla małęj Madzi... :(

pokażę wam za to moje perełki z polowania z drugiej ręki :) uwielbiam second-handy, lumpexy, grzebałki i jak to jeszcze nie nazwać... zakupy tam sprawiają mi o niebo więcej frajdy niż w zwykłych sklepach, nawet jeśli to super (prawdziwe) wyprzedaże w firmówkach... kupowanie w lumpexie ma coś z polowania... wchodzisz do sklepu i czujnie się rozglądasz... potem po cichu się zakradasz, bo wiadomo... jeśli coś będziesz zbyt entuzjastycznie oglądać, to zaraz stado sępów się zbiegnie i bywa, że (o, tak, tak... zdarzyło mi się...) inny łowca wyglądający na słabiutką staruszkę, wyrwie ci zdobycz z ręki...jeśli już coś wyłowisz i uda ci się dobrnąć do przymierzalni, zostaje lekka niepewność - pasuje czy nie... wiadomo, tu nie ma pełnych rozmiarówek - bo to żadna sztuka, prawda? potem kolejna radocha, bo za cudny płaszczyk z kapturem płacisz całe... 9 zł :) ja mam jeszcze często dodatkową radochę, bo przyniesiony do domu skarb trzeba jeszcze opatrzyć, doszyć, zszyć... słowem - zrobić z tego coś idealnie niepowtarzalnego... 

tym razem nie ciuchami będę się chwalić... :) bo oprócz płaszcza przywiozłam kilka moteczków nici w ulubionych ostatnio moich szarościach oraz... filiżanki idealne do kawy... :)


spodoba mi się kształt, jak i połączenie brązu z niebieskim...
tu wraz ze zdobyczą ubiegłoroczną - tym razem na wyprzedaży Home&You...


a tu z moim pierwszym chlebkiem bananowym... odkąd dostałam pod choinkę piekarnik (raczej piekarniczek), to szaleję... mam ograniczone jednak pole szaleństw, bo nie jadamy cukru i białej mąki... więc wyszukuję w necie dziwne przepisy... dwa serniczki były nieudane, za to jabłecznik na mące żytniej - owszem, niczego sobie... przepisy sprawdzone - trafiają do mojego przepiśnika... reszta - przepisów, a nie jedzenia - do kosza...  :)


wracając do tematu... początkowo małż trochę się podśmiewał z tych moich łowów... teraz sam zwołuje wyprawę... ;) kiedyś na polowaniu w maleńkim ciuszkolandzie w Żywcu upatrzyłam śliczną koronkową bluzkę vintage... (wtedy jeszcze się w niej mieściłam ;)) wychodząc zauważyłam taką skromną laleczkę w stylu japońskim... zapytałam, za ile pani sprzeda... a ona, ze mogę sobie zabrać za darmo... to wzięłam... :)


przeglądając jakiś czas później magazyny wnętrzarskie, zobaczyłam "moją lalę", tylko w innym kimonku... okazało się, że to jakaś dizajnerska seria, ogólnie cool i trendy, a cena to... 65 zł wzwyż... wow! a u mnie sobie skromnie w łazience stoi ;)


dziś na tyle... ksiądz po kolędzie ma zawitać... żeby nie tracić czasu na puste czekanie biorę się za kolejne próby koszykowania wiklinowego... nie odpuszczę... ;)

przesyłam nieco ciepła :*