„(…) proces twórczy zawarty w tworzeniu działa uzdrawiająco, a podstawą tego procesu jest to, że większość ludzkich myśli i uczuć wyraża się bardziej w obrazach niż słowach. Dzięki temu ludzie zajmujący się tworzeniem lepiej radzą sobie ze stresem i urazami psychicznymi, nabywają zdolności poznawcze i doznają objawów radości, jaką daje obcowanie ze sztuką”.

W. Szulc, Historia Arteterapeutyki, „Edukacja i Dialog”, 8/2006

Etykiety:

african flowers (3) biżuteria (14) Boże Narodzenie (22) CANDY (8) caritas (1) decoupage (4) diorama (2) DIY (15) exploding box (8) filc (5) haft (5) kamienie (1) kartka (3) kartki (4) laylala (1) LOTRomania (1) ludowość (11) maskoty (38) mori (4) papierowa wiklina (16) pottermania (4) przez ok(n)o Gizrapki (41) przez oko Gizrapki (12) przydasie (17) scrapki (4) szycie (22) szydełko (121) szyte (4) ślub (6) święta (26) urodziny (4) vintage (17) wianki (50) wycinanki (1) wymianka (1)

Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papierowa wiklina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papierowa wiklina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

JESIENNE KLIMATY.., czyli nieco lasu nagrobnego, róznicach kulturnych i ogólnym przesileniu...

heloł! :)
próby przeniesienia kultury amerykańskiej na polskie grunta - przeżyte... wolę tradycje rodzime - zwłaszcza te świąteczne, na które już niecierpliwie czekam, łowiąc w oceanie internetu inspiracje i pomysły... a póki co... jesień... kojarzy mi się ze spacerami po lesie... trochę tych klimatów przyniosłam bliskim zmarłym na groby...


szyszki, żołędzie, kasztany (te to się trudno przykleja!), nieco listowia i mchu... ot, taka natura... bez sztucznych orchidei... ;)


o ile na śląskich cmentarzach wyglądały dostatnio i ładnie, o tyle na zagłębiowskich, marmurowych grobiszczach (bo to wielkości trzech śląskich nagrobków) ginęły wśród zniczy i gabarytów... a niby jedna Polska... :)

obok lasu, jesień kojarzy mi sie z porządkami w ogrodzie i zapachem palonych liści...


 i tak próbowałam przelać te skojarzenia na papierową wiklinę... :) w bieli...

 i w oliwce...


aha, różowa warstwa pledowa ukończona... czas na skandynawskie, szare klimaty... :)

sezon grypowy rozpoczęty, zatem wysyłam mnóstwo ciepła...  :*
plus coś znalezionego na pintereście... :)


piątek, 31 października 2014

ZMIERZCH.., czyli o odporze halloween, o wyzszosci oczu nad aparatem i o nadziei na wygrana wojne..

dobry wieczór :)
u mnie zmierzch, cudne złote polskie słońce już ucieka... jeszcze ciemności nie nadeszły - a przede mną już pół bułki księżyca...mam poparzone palce, bo kiepski ze mnie rewolwerowiec... ;) zamówiony, wiadomo gdzie, pistolet wywalił korki, sam odchodząc do klejowego nieba... małż się ulitował i pognał do tradycyjnego, zwykłego sklepu i kupił kolejny, nowy colt... zadział :)
i zrobiłam SE a taki oto stroik... :) do kuchni...


i po raz kolejny uznaję wyższość swojego spojrzenia jasnych oczu nad aparatem i zdjęciami... pomijając swoje mizerne umiejętności fotograficzne - wierzcie mi, widzę to zupełnie inaczej...
wianek, czy właściwie wieniec, zawisł w kuchni, bo to jedyne (obok łazienki) pomieszczenie, którego nie skalały robale... więc tam wszystko stoi poukładane, a nie upchane w workach... pluwsky to wredne mutanty, trudno je wytępić, ale... zaczynam nabierać nadziei, ze wygralismy tę bitwę... od tygodnia zero ugryzień i widoku zwierza... :) czy to wygrana wojna - się zobaczy pewnie na wiosnę (albo wcześniej), gdy wyjdą z hibernacji... (sąsiedzi w większości olali problem)

ale wracając do wątku przyjemniejszego... :) wianek to tego-wiosenna winorośl, umajona (ulistopadowiona?) zasuszoną roślinnością o wyglądzie wodorostów, mchem, brzózkami i dyniami własnoręcznego chowu filcowego... :) prezentuje się ładnie - przynajmniej w realu... ;)


o lampę nie pytajcie mnie... małż tak ją przykręcił, do góry nogami, bo stron nie odróżnił... ;) miał przewiesić i tak już wisi pól roku... :)
no, dobrze... na stół też coś przygotowałam... żeby wieczorem świece zapalić nie tylko na grobach... :) ot, taki sobie stroik... zupełnie niehelloweenowe kolory... raczej rustykalne, czyli takie, jakie lubię najbardziej... :)


papierowa wiklina jako podkład, trochę faszyny (to te "słomiane" farfocle), sysunia, żołędzie, patyczki, dyńki płócienne, wiejska krateczka i nieco mchu, of course... :)
 

takie proste, wiejsko-leśne klimaty królują na naszych wybiegach... ;) udowodnię niebawem - wyprodukowałam kilka wianków nagrobnych - ale z okazji zmierzchu nie zdążyłam zrobić zdjęć, nawet tych kiepskich... 
zadzwonił za to domofon... "cukierek albo psikus!" - słyszę... "nie mam cukierków" - odrzeknę ja, bo faktycznie nie mam i nie lubię tej pogańskiej zabawy... (tak, wiem, jestem moherową sztywniarą), a tu odpowiedź: "to psikus!" i rechot... pomazali mi czymś domofon... :0

i z tej okazji, w przeddzień naszych imienin, życzę wam pójścia pod prąd, prawdziwego życia i radości...
wysyłam wiele ciepła :*


niedziela, 19 października 2014

POLPRODUKTY.., czyli o jesiennych spacerach, wieczorach i o przygotowaniach do listopada...

hello, żuczki )
robótka trwa... i ta pledowa...


...i przygotowanie półproduktów na listopadowe wianki...
czyli zbieractwo, kąpiele i suszenie...


... i kręcenie rurek... na wianki i pudełka...


...a tymczasem na balkonie...



wysyłam trochę ciepła... :*

sobota, 5 kwietnia 2014

TRADYCJA NA OKRAGŁO.., czyli o swiatecznych wiankach, obrazka trzy-de i o tesknocie za porzadkami...

 hello - spod brzozy, kleju i gliny... ;)

produkcja wianków, wolontariat i sprawy bieżące wciągnęły mnie na całego - mieszkanie coraz wyraźniej domaga się sprzątania... nie mówię tu o szybkim przetarciu szmatą czy o pozmywaniu naczyń po obiedzie... ba, ja nawet tęsknie za takimi generalnymi porządkami - takimi, które dają poczucie układania również w życiu... skoro dasz radę pookładać dokumenty, to dasz radę sobie ze wszystkim... ;D
 obiecałam wianki na okrągło... proszę bardzo:


brzozowy, pachnący mchem, tym razem plastikowymi jajcami  i różyczkami rodem z szydełka :)  po szaleństwie koloru  w stylu Czarnej Inez jakoś bliżej mi teraz do wersji stonowanej i ograniczonej... ale jak widzicie, nadal nie wychodzi mi z gothic'ką mrocznością... ;D czarno-białe jajca z masy papierowej... różyczka z lnu :)


chciałam zauważyć, ze chociaż w następnym wianku dominuje róż, też trudno go określić narzucającym się... stawiam na miękkość pomponików... ;)



no, dobra... szaleństwo kolorystyczne też jest... w trzech króliczych wersjach...:
a) zielonej... z gniazdkiem papierowo-jajecznym...różyczkami hand-made z papieru...:


b) różowiutkiej... z miłymi w dotyku stokrotkami z filcu... wersja ulubiona przez Rapka - bo ma piórka... :)


c) i żółtej...właściwie niewiele mam tu do dodania...no, może jeszcze...


...że uwiodły mnie te mordki zwierzaków...


odpoczywając nieco od świąt i równoważąc po kolorystycznym zwierzyńcu, wyprodukowałam a, taki sobie, wianuszek rustykalny... 


podstawą jest papierowa wiklina, opleciona faszyną i ratanem... lniane róże, poprzetykane papierowymi i kulkami ratanowymi... nieco koronki...


przyznam się wam, że to jedyny wianek z tu prezentowanych, których żal było mi oddać na kiermasz... mam nadzieje, że do mnie wróci...
jakoś w ogóle ostatnio nie mam serca do kółek... co zrobić - skoro pokochałam kwadraty... i tęsknie za morzem...


to okienko to wyrzutek... woda oddała mi patyczki, muszelki, kamienie, które zdekupażowałam rybami... ;) jest tam nawet mały bursztynek... widzicie go?

i tym wakacyjnym klimatem żegnam się z wami... wysyłam mnóstwo ciepła... :* takiego z rozgrzanego piasku...



czwartek, 27 marca 2014

HURTOWNIA OKIEN.., czyli o ciagu wiankowym, przygotowaniach do imprezy i kupowaniu prezentów...

no, witam, kwiatuszki :)

bardzo mi miło, że mój kwadratowy wianek się spodobał, bo jeszcze niejeden w mojej głowie siedzi ;) tu trochę się wysypało... (podkreślenia celowe - potrzebne w przyszłym poście ;))


uwielbiam rustykalny styl, taki siejsko-wiejski... wykrzywione drewniane framugi porośnięte mchem... a propos... uwielbiam zapach mchu... ciemny pachnie inaczej niż ten jasny - ponoć angielski...


doniczki to również me rękoczyny... ;) glina samoutwardzalna - znalazłam w sklepie plastycznym na półce dla dzieci ... . po rozgrzaniu w palcach zaczyna żyć własnym życiem - niczym guma do żucia... jestem wiec dumna ze swych doniczek - chociaż koślawe... w lepieniu garnków jeszcze nie mam wprawy... :)


następny kwadratowy wianek to już kolekcja świąteczna... ;)


gdzieś na jakimś blogu przeczytałam, że szydełkowanie nie pozwala autorce na zbyteczne myśli... ja mam odwrotnie... gdy ręce są zajęte, to w mojej głowie aż huczy...  np. teraz wymyślałam potrawy na małą imprezkę urodzinową... to wyzwanie, bo jedna z gości nie jada cukru, inna ma alergie na jabłka i orzechy, a dzieci następnej koleżanki to bezglutenowcy ze skazą białkową... wychodzi na to, że podam jedynie warzywa ;D i popcorn - ten mogą i lubią wszyscy ;) ale wracając do wianków...


w gniazdku jajca z masy papierowej... czekały w koszyczku na biurku, aż się zlituję i gdzieś je umieszczę...


zanim przejdę do tradycji okręgu... ;) prezenty... jak tu zrobić, żeby dawać i dostawać takie, które wzbudzą radość... kiedyś już pisałam, że u mnie w domu wymyśliłam system - rodem z wesel - listy prezentów... mailowo wysłałam do gości, że uciesze się z nowego sekatora, starych gazet w typie "wyborczej", równie niepotrzebnych podkoszulków...nie wzgardzę włóczką czy akrylowymi farbami... itp., itd... dwa dni później ma urodziny przyjaciółka - poprosiłam ją o podobną listę... bo prezenty kupujemy "pod siebie",a  nie zawsze komuś to potrzebne... psiapsiółka raczej nie ucieszyłaby się z sekatora ;D woli coś kosmetycznego, do "dopieszczenia" - jest młodą mamą, remontują mieszkanie - rozumiem... :)

no to już hop - do tradycyjnego wianka... jak obiecałam - okrągły, z papierowej wikliny....


miał być gotycki dla małża, ale... do jajka wskoczył zając i utknął, wystawiwszy jedynie swe przyrodzenie... szlag więc trafił wszelką mroczność... do jajec black&white (oczywiście - z masy papierowej) dorzuciłam nieco frywolnego różu... niech będzie zabawnie...


Madalena już wie, że to nie żadna zgapka... po prostu wychodzi na to, ze nasze mózgi są twórczo kompatybilne... ;)


mam jeszcze kilka wiankowych kółek i kwadratów w zanadrzu - ale napięcie trza stopniować... prawda? ;)
 
biegnę ściągnąć z kuchenki warzywa na sałatkę... a później jeszcze do dentysty... łeeee...
wysyłam trochę ciepła... :*

niedziela, 2 marca 2014

AMIGOS DE LA INEZ NEGRO.., czyli o wiosennym zwiekszeniu aktywnosci, wielkopostnych postanowieniach i o zmeczeniu progesteronem...

hello żuczki moje kofane... :) 
jestem, jestem... i wcale nie pochłonęło mnie lenistwo - wręcz naprzeciw... ;)
na ten przykład: Czarna Inez czuła się samotna, więc załatwiałam jej przyjaciół...


jak widzicie, to marcowe koty i podusia... jej przód...:




 ...i szanowny tył:



zwracam uwagę, szanownego państwa, na zabawne drewniane guziczki... wiem, wiem... przebija biała poszwa... ;)
jak zapowiadałam, zrobiłam też kosze na włóczkę - sztuk dwie... ale ile trzeba nakręcić rurek, same wiecie... ;) 


a tu już w kolorze - ponoć - oliwki... :)




a że nie samymi przyjemnościami żyje człowiek, niestety, to... 
1. załatwiłam sobie wolontariat w ośrodku terapii uzależnień... i pracuję tam dwa razy w tygodniu... jakkolwiek to zabrzmi - ten rodzaj pracy sprawia mi frajdę... to jest TO... wiem to od dawna, jednak trzeba zarabiać pieniążki, więc pewnie we wrześniu koniec laby i do harówki w szkole... :/ póki co, korzystam...
2. latam do ginekolog na usg, oceny cyklu i takie tam... jeszcze się nie poddaliśmy... łykam progesteron i nie jest mi z tym dobrze - masakrycznie czuję się zmęczona i senna... ponoć początki ciąży są podobne...gdzie ja się pcham?! ;)
3. przygotowuję się do wiosenno-świąteczno-wiankowej wiosny... czyli: wyszukuję okazyjnie cenowo przydasie, zakupiłam nowy sekator (poprzedni pękł w łapach małża), kilkanaście metrów bawełny na nowe pokrowce (cóż, Rapuś nie należy do psów przykładających wagę do higieny;)), w głowie snuję fantazję na temat "co zawiesić, przyczepić, położyć, zamontować... na wiankach"... kuszą mnie szydełkowe czapeczki na pisanki... zresztą, same przecież wiecie, co wiosna robi z naszymi głowami i jak nasila zespół niespokojnych rąk... a tu czas dramatycznie ograniczony - wybaczcie więc, gdy nie będzie mnie tu tyle, ile się przyzwyczaiłam... ;)
4. krzątam się przy domostwie...  nocami ktoś złośliwie roznosi kurze, liże szyby w oknach, palcuje na czarno ściany... co gorsza, żal mi małża, więc w tym wszystkim próbuję go godnie nakarmić... ;) w międzyczasie zapraszam wiosnę na balkon...przychodzi bez oporów, a nawet sama się wpycha...



o, tu... to wpychanie się wiosny...




to zasadzone własnoręcznie jesienią ubiegłego roku szafirki... z reguły nikt mi nie wierzy, że coś wyrośnie... a ja tak - dlatego rośnie... :) ubiegłej wiosny zakiełkowały i obficie zakwitły czarne tulipany :D


zastanawiam się nad wielkopostną ascezą... widzę wielki sens takich przedsięwzięć - nie tylko duchowy.. ale też znam siebie - nie lubię cierpieć - nawet troszeczkę... nie lubię czekać, odmawiać sobie, chcę mieć już i natychmiast i tak jak chcę... dużo kłopotów sobie przez to robię... rezygnacja ze słodyczy jest może i dziecinnym pomysłem - dla mnie (jako osoby uzależnionej od jedzenia) dużym wyzwaniem i przyniosłoby wspaniałe owoce... zobaczymy...

póki co - słońca życzę... i to w nadmiarze :)
idę polatać po waszych blogach....


środa, 15 stycznia 2014

JEDEN, DWA, TRZY... czyli cwiczenie czyni mistrza, mam nadzieje...

mój kaktus_złamane_serduszko zyskał sweterek na modłę skandynawską... takie przynajmniej było założenie... :) to moja pierwsza wyszydełkowana "tuba"... w wersji pierwszej miało coś na kształt koronki u góry, ale nie wyglądało to dobrze, więc sprułam...a wszystko to oglądając ubiegłoroczną wersję "Carrie" Kinga... ;)



oczywiście, błędy i niedoróbki nie zmieściły się na zdjęciu ;D
znalazłam też w czeluści internetu prawdziwy skarb z Peru - czyli wzory, schematy i pokazowe filmiki w wersji dla szydełkowych blondynek i to ciemnych do tego... :D dzielę sie wami, kochane, bo warto...

dzielnie ćwiczę również wyplatanie wikliny... tu wersja jeszcze niepomalowana, ale z przykrywką! ależ jestem z siebie dumna! :)


pokrywka ma nawet "kanaliki" na wstążeczkę, co - mam - nadzieję kiedyś będzie dane mi wam pokazać w całej krasie :)


dziękuję wam, kochane, za trzymanie kciuków... pani doktor stwierdziła, ze ta plama na plecach małża nie wygląda groźnie.. dała maść i kazała zgłosić się za trzy tygodnie... duża ulga, chociaż... jakiś niepokój pozostał... nie tak dawno przecież okazało się, ze inny "specjalista" uhodował mi w brzuchu mięśniaka wielkości piłki do szczypiorniaka dla dzieci... :/ eh...

cała ta sytuacja pokazał mi - oprócz tego, że póki co życie bez małża mnie nie interesuje - jak nie ma co przejmować się pierdołami i rzeczami totalnie nieważnymi (ot, brudne kubki bez podstawki na czystym stole, niektórym solą w oku jest deska klozetowa czy tam takie zwykłe śmierdzące skarpety pod fotelem ;))... jak warto celebrować każdy dzień, bo przecież jutra może nie być...  

wysyłam mnóstwo ciepła  :*