„(…) proces twórczy zawarty w tworzeniu działa uzdrawiająco, a podstawą tego procesu jest to, że większość ludzkich myśli i uczuć wyraża się bardziej w obrazach niż słowach. Dzięki temu ludzie zajmujący się tworzeniem lepiej radzą sobie ze stresem i urazami psychicznymi, nabywają zdolności poznawcze i doznają objawów radości, jaką daje obcowanie ze sztuką”.

W. Szulc, Historia Arteterapeutyki, „Edukacja i Dialog”, 8/2006

Etykiety:

african flowers (3) biżuteria (14) Boże Narodzenie (22) CANDY (8) caritas (1) decoupage (4) diorama (2) DIY (15) exploding box (8) filc (5) haft (5) kamienie (1) kartka (3) kartki (4) laylala (1) LOTRomania (1) ludowość (11) maskoty (38) mori (4) papierowa wiklina (16) pottermania (4) przez ok(n)o Gizrapki (41) przez oko Gizrapki (12) przydasie (17) scrapki (4) szycie (22) szydełko (121) szyte (4) ślub (6) święta (26) urodziny (4) vintage (17) wianki (50) wycinanki (1) wymianka (1)

Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przydasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przydasie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

NAUKA IDZIE W LAS.. czyli o rozkroku miedzy porami, umeczonych rekach i podnieceniu entuzjastycznym...

słonecznie witam :)

niedawno Magdalena pochlipywała, że zamiast jesieni u niej już nadeszła handmadowa zima ze świętami... mimo iż mam kilka pomysłów na naszą złotopolską magię, to ręce wyrywają się do bożonarodzeniowych klimatów... ot, na ten przykład, uczyłam się robić... no, właśnie, co wam to przypomina?
małż twierdzi, że zielone pomponiki...


albo białe...


i jeszcze letnio-zielone...


bo sprawa się o sznurki i drut opiera... tyle, że nie miałam sizalowego, a ten ponoć najlepszejszy...


zdecydowanie więc wolę wełenkę...  nooo... zmrużcie oczęta... co widzicie? ;)

a wszystko to przez pinterest i zobaczone tam dioramy i shadow boxy... zakochałam się w nich i mam w głowie przynajmniej cztery projekty... właściwie to cały czas o nich myślę... :) tylko niech rączęta odpoczną, bo pełną parą szydełkują, skręcają i zbijają... dziś idą na manicure, ot., dla odmiany...
wysyłam nieco ciepła :* jeszcze jesiennie... 



niedziela, 19 października 2014

POLPRODUKTY.., czyli o jesiennych spacerach, wieczorach i o przygotowaniach do listopada...

hello, żuczki )
robótka trwa... i ta pledowa...


...i przygotowanie półproduktów na listopadowe wianki...
czyli zbieractwo, kąpiele i suszenie...


... i kręcenie rurek... na wianki i pudełka...


...a tymczasem na balkonie...



wysyłam trochę ciepła... :*

środa, 16 lipca 2014

MOJE VINTAGE.., czyli o podchodach do kartki slubnej...

tylko nie mówcie, ze to tez nie vintage... ;)
dziś zupełnie nie szydełkowo... nawet bez bawełny czy lnu... sam tiul, syntetyk i plastik... wszystko, co nie lubię... ale i tak - uważam - że ładnie wyszło... ;)


biel przede wszystkim... w końcu małż zamówił kartkę na ślub...  a jak małż zamawia, to trza się wysilić, postarać, wycudować... ;)


realnie wygląda lepiej... bo widać, gdzie przeźroczyste, gdzie się świeci i błyszczy, a gdzie koronka...

 

potem kombinowałam z różem... żeby tak - wiecie - romantycznie było... ;) a bardzo musiałam wysilić wyobraźnie, bo ja zazwyczaj przy biurku siedzę w spodniach moro i koszulce w wojskowej zieleni... ;D



... a nawet chciałam się pogodzić z fioletem...


.. a w końcu wszystko pomieszałam, zasiedziałam się i stwierdziłam, że kartkę zrobię jutro... ;)



wysyłam mnóstwo ciepła :*

środa, 14 maja 2014

PRÓBKI.., czyli jeszcze nie o konkretach, szukaniu idalnego kwadratu i o sposobach na zimny maj...

witam, w ten wyjątkowo zimny maj... ;)))

to ten moment, kiedy ziemia i ściany jeszcze słońce dostatecznie nie nagrzewa, a kaloryfery już nie działają... nawet mój małż, który zazwyczaj śpi pod cienkim kocykiem, przerosił się z kołdrą... ja generalnie jestem zmarzluchem, wiec nie dziwne, że siedzę w ciepłych skarpetach... tym bardziej, że próbuje się do mnie dobrać jakiś mały wirusek z katarem...
na przekór temu ja nadal zamykam świat w kwadratach... to moje kolejne próbki...


bardzo wspomagam się uprzejmością naszych szydełkowych koleżanek ze świata - Holandii, Brytanii czy na ten przykład Belgijek ze Stanów...  jak się pokopie w sieci, to znajduje mnóstwo inspiracji i gotowych schematów za free... nawet jeśli tam troszkę orientuję się w angielskim i mam tabele z tłumaczeniem na języki skandynawskie, to i tak muszę sobie to przełożyć  - nawet nie tyle na polski, co na "nasze"... sama wiec kombinuję, żeby było dobrze... ucząc się - niestety - na swoich błędach... 

z tym bratkiem już wiem - tło robiłam lewą stroną...


z narcyzem się sporo namęczyłam, zanim się zorientowałam, jak zrobić wypukły środeczek...


tu coś mi wyszła płaska ta stokrotka... ale i tak ją lubię :)


próbowałam też robić z kółek trójkąty... jak znalazł - na girlandę będzie...


kusza mnie też bardziej finezyjne środki kwadratów... tu już wiem, ze korzystniej będzie w innej kolorystyce..


powoli zmagam się z wtłaczaniem w kwadraty różnych żyjątek... tego misia lubię - zwłaszcza za to, ze ma oczka wmontowywane od razu w ścieg... małe dzieci mają mniejszą szansę na połkniecie koralika... ;)


na razie najtrudniej mi z sercami - ale to już wiecie, że jakoś z tą figurką mam kłopot... serce - symbol miłości, a mi trudno go ukształtować... hihihi...


zachęcona motylkami próbuję się z innymi aplikacjami - zwierzątkami...


...i roślinnością...

 



 

chyba muszę odłożyć na dzień, dwa szydełko... bardzo bolą mnie nadgarstki i miejsce na wewnętrznej stronie dłoni pod małym palcem... tam opiera się końcówka szydełka... macie jakieś swoje sposoby na to? bo mam jeszcze wiele wzorów i schematów do wypróbowania... ;)


chłodno, zimno, deszczowo, szaro... taka pogoda na drzemkę... przyłapałam przed chwilą swoich chłopaków... ;)

ps
pochwalę się - pokrowiec uszyłam - w końcu - sama... :D gdy leży na nim coś kolorowego, to daje fajny efekt komiksu... ;) 
wysyłam mnóstwo ciepła... :*

poniedziałek, 5 maja 2014

TRENING CZYNI MISTRZA, czyli o... nauce, doskonaleniu na głebokiej wodzie i o czekaniu na wiatr ze wschodu..

hello, majowe kwiatuszki!
czekam na wiankowy wiatr ze wschodu... póki co grzecznie się uczę, trenuję szydełkowe sploty...
pierwszy raz wzięłam się za technikę żakardową według wzoru obliczeniowego... krótko rzecz ujmując - za szydełkowanie obrazków...


niby same oczka ścisłe, których nie lubię - zastąpiłam je więc ulubionymi półsłupkami... nie wiem, jakim cudem w każdym rzędzie robiłam inną liczbę oczek... :D oczywiście, ze nie zaczęłam treningu od prostych dwóch kolorów i elementu typu kwadracik w środku... spodobały mi się kurki... ;D jak już się uczyć pływać - to na głębokiej wodzie... ;) taka jestem, ot co!


dopiero po czasie zajarzyłam, co oznacza chowanie nitek w robótce... ;)


przygotowuję się też do nowych wiankowych projektów... powstają wiec bąki... niesłusznie widziane przez małża jako osy...


bąk - prawda?


powstają też powoli truskawy...


oczywiście, nic nie może się dziać bez wiedzy i aprobaty Rapka... ;D


majowego ciepła wysyłam nieco... :*

sobota, 8 marca 2014

DíA DE LA MUJER.., czyli o wiosennej potrzebie zmian, o procesie twórczym i o tym, ze niektórzy sie nie cenia...

na tapczanie siedzi leń - nic nie robi cały dzień
o! wypraszam sobie! jak to ja nic nie robię?!

witajcie królewskie córy, szlachcianki, chłopki, a zwłaszcza feministki w tym dniu... ;)
a więc tak... gromadzenie, kupowanie i robienie przedświątecznych przydasi w pełni... o, tu... są dowody
dowód pierwszy:


to wzmożona produkcja jajec z masy papierowej, które grzecznie czekają na wyszlifowanie i malowanie...
i tu mamy dowód numer dwa:


zakupione akryle w barwach ze mną ostatnio kojarzonych ;) zajączek wskoczył do koszyka już przy wyjściu... no, bo czy mogłam się oprzeć? same zobaczcie...


oczywiście, nie byłoby mnie bez wianków wszelkiej maści... plotę, wiję i zagniatam... to przykład i dowód numer trzy... :)


dużo czasu spędzam też na waszych blogach... nie zawsze pozostawiam wpis, bo nie lubię się powtarzać (no, ileż można wpisywać, że cudo, piękne, wspaniałe, że podziwiam, a co gorsza, że zazdroszczę...?), czasem coś jest obiektywne ładne i starannie zdobione, ale do mnie nie przemawia... jak to mówią: not my style... ;) zdecydowanie łatwiej mi komentować literki, niż obrazki... bo jak ktoś pisze o sobie, o tym, co myśli, robi, czuje - to samo tak mi się palce na klawiaturze układają... :)
zajrzałam tez na słynną agrafkę... i byłam zaskoczona... raz - tym, co kto uważa za ręko-DZIEŁO... ponoć o gustach się nie dyskutuje... dwa - jak mało kasy chcą niektóre dziewczyny za naprawdę piękne, starannie wykonane i czasochłonne rzeczy... małż się tylko uśmiechał i przypomniał mi, jak sprzedałam swoje wianki na kiermaszu za cenę (a właściwie połowę ceny - ale o tym przy nim sza... ;)) materiałów i cieszyłam się jak dzieciak... no, ale ja nie uważam, ze moje tworki to ręko-DZIEŁO...  bo jeśli ja potrafię to zrobić, to właściwie każdy... i nie jest to kokieteria...



chętnie bym dziś posiedziała i szydełkowała swój nowy pomysł... coś dla was, takie pierwsze candy z okazji moich urodzin... wybieram się jednak na wystawę prac mojej osobistej starszej siostry (tej, co TE geny wszystkie zabrała ;))
a wam, kochane, wysyłam nieco ciepła... plus kwiatki od małża z okazji dnia kobiety ;)



niedziela, 9 lutego 2014

ETAP PIERWSZY.., czyli o tesknocie za wiankami, permamentnym zmeczeniu, parytecie i sadzy everywhere..

słońce - piękne i... bezlitosne dla perfekcjonistki-bałaganiary... gdy zaświeci, pokazuje każdą kropelkę brudnego, zasuszonego śląskiego deszczu, pyłek z parkingu pod oknami, zaślinione psimi nosami szyby... nic się nie ukryje... podłoga bije po oczach cicikami, piaskiem i kurzem... nie da rady - trza czasem sprzątać... nasze dwuosobowe stado jest poprawne politycznie - mamy równouprawnienie i zachowujemy wszelaki parytet... małż wziął na siebie podłogi, ja wszystko, co nad nimi...  nawet rzuciłam się z szmatą na okno balkonowe, jedno z trzech w naszej norce (no, bo nie ma co przesadzać, nie?) po godzinie legliśmy bez życia, kontemplując swe dzieło, czytając książki, popijając gorącą herbatkę z cytryną (wiecie, że herbata z cytryną może przyczyniać się do alzheimera?)... do momentu najazdu moich rodziców - ale to zupełnie inna historia... bo w tej chodzi o to, że już dziś siadając do klawiatury patrzę, a na cudnie wyszorowanym cifem (bo nic innego nie daje rady) białym blacie naszych biurek tona sadzy - again... w bloku obok palą w piecach i to czym popadnie... sadza jest wszędzie - na stołach, w zupie, na ulubionej białej bluzce i wszystkich białych plamach Rapka, z łapami włącznie... zatem, aby się nie denerwować zarządziłam STOP dla BIELI.... póki co...
pod spodem pierwsze efekty...


zatęskniło mi się za kształtem obłym... kwadrat cudny, ale trza czasem zrobić im przerwę... koła przecież też miłe dla oka, a wianki jak najbardziej na czasie - bo przecież zima na emigracji w USA, a wiosna za nią nie płacze... a że jednak temperatury jesienne to wianki, oczywiście, lepiej żeby sweterki miały... zatem włączyłam sobie dwa ostatnie dostępne mi internetowo odcinki "Rancza" i wyprodukowałam wiankowe przydasie...



wzięłam w rękę to po lewej i poszłam do małża z pytaniem, co to...
- kurka? - niepewnie zapytał małż... - króliczek? 
- nie widzisz?! to ptaszek! 




pomysł, a jakże, ściągnięty od Jareckiej... nie byłabym sobą, gdybym go nieco nie zmodyfikowała... wykorzystałam african flower, którego naumiałam się swego czasu TU...

 

brakuje jeszcze oczków... nóżków nie będzie - będą siedzieć na wiankach po turecku... 


zauważyłam - o, zgrozo - że szkodzi mi wypoczywanie... czuję się permanentnie zmęczona, coraz słabsza i obolała...  powodów szukam w PMSie, przesileniu wiosennym, reakcji na leki hormonalne i takich tam pierdołach... lekarka podejrzewa cukrzycę z ewentualnością nawrotu depresji... wiadomo, czyjej wersji będę sie trzymać ;)
ok, wracam do produkcji listków, biedronek i podkładowego sweterka na wianek... w myślach dziełu nadałam tytuł "czarna inez"... hehehe
wysyłam nieco ciepła... :* wraz sprzed walentynkowym ptasim całuskiem