witajcie słonecznie, aczkolwiek zimowo... :)
za naszym oknem śnieg i mróz... stąd pozwoliliśmy sobie na dwudniowe narciarskie szaleństwo... szaleństwo bynajmniej nie jako królowanie na stokach, ale odwagę uczenia się jazdy ;D to był mój trzeci raz na nartach w życiu i na szczęście znaleźliśmy "oślą łączkę" o dość długiej trasie... jak twierdzi małż - są postępy... ;)
błąkałam się też po naszej służbie zdrowia, przekonując się, że reklamowana w mediach "szybka ścieżka onkologiczna" to bzdura... "jak nie zapłacis, to się nie wylecys..." - mawiają starożytni górale... na szczęście płaciłam jedynie na za diagnostykę - przygotowując kanałami u znajomych własną ścieżkę... na szczęście nie była tym razem potrzebna...
w tzw. międzyczasie szukając natchnienia, zabrałam się za koronkową robotę...
serduszka, of course, a jakże... w końcu mamy luty... zdecydowanie - mimo czerwonych nacisków - wolę barwy ecru... zawsze uważałam, że koronki są dla mnie za trudne i... miałam rację... jak łatwo dostrzeżecie - niektóre są nieco pokrzywione ;D ale pierwsze koty za płoty...
powoli myślę, co tu zrobić z tymi aplikacjami... i parę pomysłów się rodzi...
dzisiejsze ostre słońce okazało się niezbyt korzystne dla zdjęć, ale dla mnie promienie budzą nadzieję...
wyciągnęłam również i śnieżnobiały kordonek... czas podejść do serwetek... uwielbiam ich angielska nazwę "doily"... jakaś taka urocza jest... :)
wybaczcie, wszystko jeszcze niewykrochmalone (takie czynności wolę robić hurtowo..), zatem układa się jak chce...
wyszukałam na moim ulubionym Pintereście kilka schematów i próbuję...
chociaż schematy duże, okazuję się, ze to malutkie serweteczki... ale przyjdzie czas i na wielgachne obrusy, mam nadzieję... ;)
póki co... wysyłam mnóstwo ciepła... :* wasza Gizrapka... z sercem na dłoni... ;)